Wolny dzień matki

Od czasu do czasu dzieci mają wolne od szkoły. Co za tym idzie i matka ma wolne. Tak też było w piątek. Plany na spędzenie wolnego dnia matki poczyniłam już miesiąc temu. Odwiedzić chciałam znajomą. Nie widziałyśmy się dawno, dzieci nasze się lubią. Także tego.

Harmonogram dnia zawierał pobudkę, śniadanie, wyjazd i powrót w godzinach około-południowych, coby Synek Przylepa na drzemkę zdążył do domu. Żeby wszyscy byli szczęśliwi i w dobrym humorze i wyspani. Tak na spokojnie, bez spiny. Kunsztownie rozpisany plan wziął w łeb. Synek Przylepa, zamiast spać do 7.30, zdecydował, że zacznie dzień od 6. Tak dla odmiany.

Synkowi przysnęło się na 15 minut podczas drogi do znajomej, więc był podczas wizyty nieco naburmuszony. A tam miło było. Kawka była i pączusie i starszaki się bawią i my gadamy. Choć z tym gadaniem to różnie było. Z. mówiła prawidłowo. Trzymała się tematu, dokańczała zdania. Ja gadałam jak schizofrenik.

W pracy miałam możliwość, synku połóż to, wybrania pasujących mi dni pracy, głaszcz kotka po główce, nie klep.

I w ten wolny dzień matki co chwilę wstawałam od tej kawy i od pączusiów, żeby sprawdzić, czy Synek Przylepa nie grzebie przypadkiem w kocim żwirku (grzebał), czy nie targa kotka (targał) i czy nie demontuje kuchni (nie demontował).

W drodze powrotnej przypomniało mi się, że jutro BT ma urodziny u kolegi, a Bi ma urodziny koleżanki i że jeszcze wcześniej na zbiórkę skautowską jadą, więc prezenty chyba dziś należałoby kupić. W wolny dzień matki. Przylepa zasnął znów, śmiejąc się pewnie w kułak z harmonogramu dnia, ja więc też poczyniłam szybkie zmiany w planach i zapowiedziałam wycieczkę do miasta, zakupując po drodze obiad dla siebie i starszaków w przydrożnej restauracji na literkę M.

Zjedliśmy wszyscy. Synek Przylepa nakarmiony frytkami i napojony słodką „herbatką” zaczął zdradzać objawy nadpobudliwości psychoruchowej, więc szybko podjechałam w kierunku sklepu z zabawkami. Nie przewidziałam tylko jednego – wolny dzień matki był też wolnym dniem większej ilości Polaków. Wskutek tego znalezienie miejsca parkingowego w okolicy sklepu było niemożliwe. Zaparkowałam na ostatnim miejscu pół kilometra dalej. Bi kategorycznie odmówiła zaopiekowania się dokazującym Synkiem Przylepą. Ja kategorycznie odmówiłam zabrania wszystkich do sklepu. W końcu wytargałam Przylepę , a w aucie zostały starszaki beztrosko popijając „herbatkę” i kończąc suchawe frytki. Wózek dziecięcy zostawiłam w aucie. Bo to nasz wiejski wózek, który ma rozmiary małej bryczki i terenowe koła. Lawirowanie nim w sklepie z zabawkami i kubeczkami i wisiorkami skończyłoby się tragicznie. Jako że wcześniej poczyniony harmonogram nie przewidywał zakupów, nasz  malutki i zgrabny wózek miejski został w domu.

Idę z Synkiem Przylepą. Biorę go na ręce, na barana, tacham pod pachą. A on ma słuszną wagę, ciężki z niego obywatel. Przystajemy co chwilę, bo tu gołębie, a tu kolorowy łańcuch, a tam hydrant wyglądający jak pajac. Suniemy w kierunku sklepu z zabawkami. Niespiesznie. W końcu to wolny dzień matki. W sklepie Synek Przylepa chce bawić się wszystkimi zabawkami. Kupuję mu jakąś kostkę, której nie chce zostawić, prezenty też kupiłam. Sprzedawczynie patrzą ze zrozumieniem na moje próby płacenia kartą, pakowania zabawek i utrzymania Synka Przylepy w zasięgu mojej ręki.

Od razu cieplej, prawda? – zagaduje jedna.

Pewnie jest śpiący – wtóruje druga.

Odważnie informuję je, że zostawiłam dwójkę starszych w aucie, niczym prawdziwa patologiczna matka.

Trzeba sobie jakoś radzić, pani się nie przejmuje – mówi ta pierwsza. Pewnie ma dzieci.

Schodzę po schodach i czuję, że nogi już mi się lekko uginają. Wracamy. Gołębie, pajac-hydrant, pomarańczowy łańcuch. Na plecach strużki potu. W rękach prezenty i ta plastikowa kostka, której Synek Przylepa już nie chce.

Może pani chce balonik dla dziecka? – zagaduje trójka uśmiechniętych dzieciaków.

Biorę, dziękuję. Przy okazji zauważam leżący nieopodal but Synka Przylepy. Dobrze, że jesteśmy blisko samochodu, nie muszę wędrować z balonikiem w zębach. W aucie mój wzrok pada na nosidło, które leży na przednim siedzeniu. Mogłam przecież zapakować do niego Przylepę. Zapomniałam o nim zupełnie.

Szybko wracamy do domu, włączam bajkę dla najmłodszego, podczas gdy starszaki biegają w poszukiwaniu podpałki do ogniska. Ja siadam i robię sobie czarną mocną herbatę (choć normalnie jej nie lubię) i sypię do niej cukier (choć normalnie nie słodzę). Ale przecież dziś jest wolny dzień matki. Można tak na chwilę odejść od harmonogramu.

A potem już jest tylko lepiej. Wraca Ł. Przynosi humus i pitę, i szakszukę, i falafel, i jakieś marchewki w imbirze, i buraczki kiszone z kalarepą, i inne rzeczy, które jemy po raz pierwszy. I wino przynosi. Dobre. W sam raz na wolny dzień matki.

 

 

Źródło grafiki: pixabay.com

To też może Cię zainteresować

4 komentarze

    1. Hehe, prawda? Pewnie znasz takie dnie z autopsji. Rany, jak to wino potem wieczorem smakuje. Niczym nektar i ambrozja w jednym 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *