Dzieci z Bullerbyn

Dzieci z Bullerbyn to poszukiwacze przygód – niemal codziennie widzę je przez okno. Biegają w piankowych butach na nogach, czasem nawet w skarpetach, względnie w kaloszach, gdy planują wyprawę w leśne knieje. Mają swoje bazy, swoje kryjówki, swoje skarby i tajemnice. Mają swój dziecięcy świat. Czasami wchodzę w ten świat, bo obiad, bo Szkoła Muzyczna, bo inne obowiązki. Ale nie chcę nadzorować, nie chcę zbytnio korygować, nie chcę dreptać krok w krok za nimi. Bo po co?

Jeśli chcą, to same przychodzą. Opowiadają o przygodach, o odkryciach, o wyzwaniach i swoich planach. Ja słucham, podpytuję i coś tam czasem doradzę, ale z wyczuciem. Tak, żeby moimi dorosłymi buciorami nie wchodzić w to ich sielskie życie. Niech mają swoje dzieciństwo pełne piasku i patyków, dzieciństwo pachnące sianem, wiatrem i dymem z ogniska, dzieciństwo o smaku mleka prosto od krowy (do niedawna) i miodu z ula (na szczęście nadal), dzieciństwo z owieczkami i królikami w tle.

Dzieci z Bullerbyn, to również bohaterowie. Ratują siebie nawzajem, gdy spotka kogoś jakaś krzywda. Bo przecież zdarzy się, że ktoś utknie na drzewie, nadepnie na gwóźdź, wbije sobie szkło w kolano lub zawiśnie się na siatce z nogami do góry i rękami w pokrzywach. Wtedy ci dorośli się przydają. Można pobiec, zreferować wypadek i towarzyszyć w akcji ratunkowej. W Bullerbyn ci dorośli są niegłupi. Mają do tych wypadków jakiś dystans i wewnętrzny spokój. Wezwany dorosły dziecko uratuje, opatrzy ranę, otrze łzę i pogada o konsekwencjach i w końcu znów w ten podwórkowy świat wypuści. Może to ryzykowne podejście, bo przecież to jeszcze maluchy, bo im się może coś stać, bo na świecie tyle jest szkieł, tyle gwoździ, tyle ostrych gałęzi. Rzeczywiście, można  chronić te dzieciaki. W imię miłości nadzorować wszystkie zabawy, zabierać ostre przedmioty i zapałki. Można wyłożyć im pokój poduszkami i puścić zajmujący film przygodowy. Tylko, że one to życie chcą poczuć. Chcą zasmakować niebezpieczeństwa, zmęczyć się, pomoczyć i pobrudzić. One chcą przeżyć przygodę, a nie tylko ją oglądać na ekranie. Z tych wszystkich wydarzeń zakończonych akcjami ratunkowymi powstają PRAWDZIWE HISTORIE. Historie naznaczane krwią, łzami i bliznami po zagojonych ranach. Te historie powtarzane są z dumą i przejęciem, są kolekcjonowane jak jakieś skarby. Są powodem do chluby.

8 czerwiec 2015

Zwyczajny dzień w Bullerbyn. BT spadł z czereśni, bo gałąź okazała się być uschłą, uroczo obcierając sobie przy tym brzuch do krwi. Zaś Bi, nie mogąc się doczekać powrotu do szkoły po tygodniowej nieobecności, postanowiła pozbierać szklane butelki w rowie, co zaowocowało przebitym butem i 2 centymetrową raną kłute w stopie. Chłopcy z podwórka wieźli mi ją ofiarnie na wózku przez sad pełen kretowisk i pokrzyw. Poszkodowana zdrową nogą gorliwie odpychała się, coby ulżyć kolegom. Krwotok opanowałam. Pomocników zaprosiłam do domu na kalarepę. Ot, zwyczajny dzień w Bullerbyn.

Dorośli w Bullerbyn tego wypuszczania dzieci w świat stopniowo się uczyli. Czasami pozwalali za dużo, czasami zanadto kontrolowali. Metodą prób i błędów sprawdzali, jak dzieciaki sobie poradzą. I dzieciaki poradziły sobie. Może dzięki temu dzieci z Bullerbyn są ciekawe świata, otwarte i takie szczęśliwe.

 

 

Źródło grafiki: pixabay.com

To też może Cię zainteresować

10 komentarzy

  1. Fajnie piszesz,Estera. Prosto ale ladnie. I madrze. Zawsze fajnie sie Ciebie sluchalo i teskno mi bylo do tego. Blog jest sliczny. nazwa bloga jeszcze lepsza! jesli nie masz nic przeciwko to przycupne tu gdzies w kacie i bede „sluchala” co masz do powiedzenia. Pozdrawiam 🙂

    1. Cześć Gosiu 🙂 kopę lat. Jak miło, że wpadłaś. Zapraszam serdecznie. Nie „cupaj” w kącie. Usiądź na fotelu, przy komiku i się rozgość. Tak po starej znajomości.

  2. W życiu chyba każdego dziecka przychodzi taki czas,kiedy to chciałoby zamieszkać w Bullerbyn. U mnie ten czas trwa do dziś..

    1. Bo u szczęśliwych dzieci okres dzieciństwa przedłuża się na całe życie ;). Czasem wchodzę rano do pokoju dzieci i widzę moją najstarszą z nosem w książce. Książka pogięta, poniszczona i ukochana – „Dzieci z Bullerbyn”. Niech czyta, niech się uwalnia do bycia nieskrępowanym dzieckiem.

  3. A ja nadzoruję. Pilnuję. Nie spuszczam raczej z oka. Wielkie miasto to nie Bullerbyn. A i tak często się boję, że za mało i że coś się stanie…
    Nie wiem, czy umiem się oduczyć tego pilnowania… Nie wiem, czy chcę…

    1. Wielkie miasto to nie Bullerbyn, w zupełności się z Tobą zgadzam. Sama nie wiem, jak bym wychowywała dzieci w wielkim mieście. Z drugiej strony Twój strach nie pomaga. Ani Tobie, ani dziecku. Nie na wszystko mamy wpływ, nie wszystko można zaplanować i przewidzieć. I ten brak przewidywalności może prowadzić albo do frustracji, albo do tego, żeby odpuścić i trochę wyluzować. Też się martwię, też boję, ale pomimo wszystko wybieram tą drugą drogę. Czasem na siłę i trochę wbrew sobie. Wierzę, że dla dobra dzieci.

  4. Pół roku przed wyprowadzką z jednej z warszawskich dzielnic, moje córki oglądając jeden z odcinków „Dzieci z Bullerbyn”zapytały z trudnym do ukrycia marzeniem w oczach. „Mamo, czy my też będziemy mogły chodzić za furtkę?”. Zapamiętam to do końca życia. To była moja odpowiedź na pytanie, czy wywożąc warszawskie dzieci na „wiochę” nie robię im krzywdy. Tak… Kilka osób mi to wprost powiedziało.
    Minęły 4 lata. I wiem, że to była wspaniała, mądra i decyzja. Dla nich. Dla nas.
    Pozdrawiamy z naszego Bullerbyn spod Górek.
    Do zobaczenia w przelocie miedzy szkołą a sklepem 🙂

    1. Dzięki wielkie, Moniko za ten komentarz. Normalnie pozamiatałaś :). Nic dodać nic ująć. Do zobaczenia gdzieś i kiedyś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *