Ciocia Em

Jest taka ciocia, która towarzyszy nam od wielu wielu lat. Jest niewidoczna, dyskretna, ale obecna. Pojawia się niby wróżka, niby matka chrzestna, której nigdy nie miałam. Taka ciocia Em.

Pierwsze wspomnienia to wyjazd. Ciocia Em, będąc młodą panienką, zabiera trójkę dzieci w wieku 2, 4 i 6 lat na wakacje. Przez pół Polski wiezie pociągiem cudze dzieci do siebie do domu. Żeby rodziców tychże dzieci odciążyć. Jakoś im pomóc. Pamiętam urywki z tego wyjazdu. Pamiętam ogromną czereśnię uginającą się pod ciężarem słodkich, bordowych owoców. Czereśnie po dziś dzień są moimi ulubionymi owocami. Pamiętam dźwięki stojącego w salonie zegara, który wybijał w nocy każdą godzinę. Pamiętam wyjazd zimowy. Jakieś przedzieranie się przez śnieg do domku, gdzie wujek miał zegar z kukułką. Jak zaczarowani wpatrywaliśmy się w zegar czekając, aż ptaszek wyskoczy ze swojej kryjówki.

Lata osiemdziesiąte. Zbliża się wrzesień – czas szkoły, czas nylonowych fartuszków i szaro – burych ubranek. Ciocia Em przyjeżdża z białymi bluzeczkami z wycinanym maszynowo wzorkiem na kołnierzyku. Specjalnie dla mnie i dla siostry.

 

Siedzę w piaskownicy.

Daj Esterka, obetnę ci paznokcie – mówi ciocia Em. Bierze przybornik i obcina, piłuje i nadaje ładny kształt. A ja wpatruję się jak urzeczona, bo pierwszy raz ktoś mnie tak ładnie potraktował.

No leć już – mówi z miną, jakby się wstydziła tego, co przed chwilą zrobiła.

 

Brat kotłuje się z kuzynem i wpada na metalową framugę drzwi. Dwie jedynki, już stałe zęby, kruszą się. Dla nas, dzieciaków, to śmieszne – brat wygląda jak wampir. Nie wyobrażam sobie tego, co myśleli moi rodzice. Ciocia Em wyszukuje jakiegoś świetnego stomatologa, który bratu te zęby reperuje.

 

Był sobie chłopak, który mieszkał u moich rodziców. Chłopak z przeszłością. Kolega przywiózł go do nas na wieś po odwyku. Żeby się odciął, żeby zaczął żyć. Kilka lat było dobrze. Potem chłopak wyprowadził się i stare życie zagarnęło go z powrotem. Czasami widziałam go w Warszawie na dworcu. Brudnego, bezdomnego, z nieobecnym wzrokiem. Wstydziłam się, udawałam, że go nie dostrzegam, nie wiedziałam jak zareagować. Ciocia Em również go widziała. I woziła mu zupę.

To ciocia Em piecze mi tort, gdy moja mama wyjechała daleko i na długo.

To ciocia Em przywozi wypasione lekarstwo na problematyczną, nastoletnią cerę.

Ciocia Em ma rodzinę, ma męża i dzieci. Ma swoje życie, ale gdy trzeba jest blisko.

Nasze śluby, późniejsze chwile, gdy rodzą się nasze dzieci. Ciocia Em pamięta. Odwiedza, przywozi prezenty, siada i rozmawia.

Pamiętam tylko fragmenty, bo co ja, jako dzieciak mogłam pamiętać . Te okruchy zdarzeń łączą się w jedną całość. Ciocia Em robiła to wszystko nie dla splendoru i chwały. Robiła to, bo dobry z niej człowiek.

Może myślałaś, ciociu Em, że mało kto to widział. Zawsze jest Ktoś, kto widzi. Ja zebrałam jedynie urywki, ale będę starała się pamiętać o nich do końca. Wyświadczyłaś mi wiele dobra. I nie tylko mi. Zawsze dziękowałam Ci za prezenty. Dziś publicznie chcę podziękować Ci za coś jeszcze. Dziękuję za to, że pokazujesz, że warto biec, nawet, gdy nikt nie patrzy. Biec nawet wtedy, gdy nie słychać braw.

Dziękuję, ciociu Em.

 

 

Źródło grafiki: pixabay.com

To też może Cię zainteresować

7 komentarzy

  1. Piszesz tak, że ogarnęła mnie nostalgia, naszły wspomnienia moich różnych cioć i wujków, z których każdy coś wniósł w moje życie, niepowtarzalnego. I moja rozległa rodzina znów się we mnie odezwała (choć wiele z tych osób już po tamtej stronie). Dzięki:)

    1. Proszę 🙂 Najfajniejsze, że ciocia Em to moja przyszywana ciocia. Teraz sama uczę się być ciocią i mam nadzieję, że podołam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *